sama o sobie

Jaki byłeś 2018?

Nie robię nigdy postanowień noworocznych, a podsumowania najwyżej symboliczne. W 2017 po raz pierwszy od dawna mogłam powiedzieć, że więcej było tego dobrego niż złego, i że to był najlepszy rok od dawna. 2018 nie był zły, ale koniec dał mi trochę popalić. Przypadkiem trafiłam wczoraj na zalinkowany przez Matkę Skaut stary wpis Joanny, który zainspirował mnie jednak do zabrania się za dokładniejsze podsumowanie. Może samej coś mi się przy tym rozjaśni.

 

Jakie momenty tego roku sprawiły mi największą frajdę?

Momenty z małą A. Właściwie wszystkie. Aktualnie to mój największy ładowacz akumulatorów i nie mogę się nadziwić, jaka jest cudowna. Niesłychaną frajdę sprawia mi oglądanie jak szybko uczy się mówić i jak łatwo jej to przychodzi. Nie miałam tego doświadczenia ze starszą, więc naprawdę robi to na mnie niesamowite wrażenie.  Poza tym wakacje w Portugalii – dużo kawy, dużo pasteis. Przepiękne Porto. Świadomość, że jakoś tam da się wyjechać z dwójką. Radość H. z codziennych kąpieli w basenie i to, że było z nią na wakacjach nieco lepiej niż się spodziewałam – dzieci znajomych jakoś radziły sobie z jej obecnością. Informacja od nauczycielki, że H. oglądała z zainteresowaniem film w kinie. Nowa, fajna psycholożka, do której chodzę z H.  To, że po 2 pierwszych trudniejszych miesiącach odbieram uśmiechniętą i rozśpiewaną A. ze żłobka. Odkrycie, że karmiąc mogę czytać po ciemku książki na Kindle’u (musiałam się przemóc – do tej pory uznawałam tylko papierowe) . – szkoda, że dopiero kilka dni temu. Przebiegnięcie 5 km po 2 latach przerwy. Doba w spa i pierwsza od prawie 2 lat przespana noc. Spokojne wieczory w nowym – starym mieszkaniu. Zakończenie etapu remontu. Patrzenie na miasto z balkonu w ciepłe letnie wieczory.  Patrzenie z okna na śnieg na Żoliborzu. Niezabicie większości kwiatków w domu. Poległ tylko jeden. Momenty, kiedy relaksowałam się w jakiś sposób bez wyrzutów sumienia, że nie robię tego w inny sposób – niestety nadal za rzadkie. Odkrycie, że jazda rowerem do pracy jest całkiem w porządku – używam roweru po raz pierwszy od Erasmusa. Lody prawie codziennie przy okazji letnich spacerów z A.  Wszystkie kulinarne dzieła mojego męża.

Z czego jestem dumna?

Z tego, że na razie jestem dla A. taką matką, jaką chcę być, i  że do tej pory właściwie jeszcze się na nią nie zezłościłam. I chociaż gadają „nie karm już”, „nie śpij z nią”, to robię swoje i czuję się z tym dobrze.  Póki co jest z niej super dzieciak, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że moja droga jest słuszna.

Z jednej strony jestem dumna z tego, że wróciłam do pracy i jakoś ogarniam, ale duma nie znaczy radość. Bardzo trudno to wszystko pogodzić i jest mi smutno, że A. nie mogła dłużej się mną nacieszyć. Były już chwile załamania i zwątpienia, zwłaszcza w chwilach pracy do 2 w nocy z dzieckiem budzącym się co godzinę.

Czego chcę robić więcej?

Odpoczywać wieczorami od internetu. Czytać bez rozpraszaczy. Medytować.  Pisać tutaj, ale to marzenie ściętej głowy i słomiany zapał, więc nie zobowiązuję się do niczego. Chciałabym się więcej ruszać, ale w aktualnej sytuacji logistycznej jeszcze nie wymyśliłam jak. Chciałabym też więcej spać, ale to nie ode mnie zależy. Chciałabym więcej rozmawiać z mężem i czasem obejrzeć jakiś film. Więcej wyjeżdżać, ale na to raczej się nie zanosi. Chciałabym więcej gotować, ale póki co jednak wolę strzępki wolnych wieczorów spędzać z książką, a nie w garach. Nie wiem, jak zrobić to bez uszczerbku na ilości wolnego czasu, którego jest tak mało. Chciałabym więcej oglądać/słuchać po niemiecku, bo się zakurzył.

Czego mam dosyć?

Mojej złości na H. i tego, że nadal nie potrafię chyba do końca zaakceptować tego, że jest jak jest. Mam też dość mojego wymyślania czarnych scenariuszy na przyszłość i gdybania. Męczą mnie też już godziny marnowane na scrollowanie.

Jakich nowych rzeczy chcę spróbować?

Szczerze? Niespecjalnie mam ochotę na próbowanie nowych rzeczy. Może to czyni mnie loserem, a może po prostu znaczy, że cenię sobie stabilizację i rutynę. Wszak wyznaję zasadę, że „Lepiej chujowo, ale stabilnie”.  Nie jestem wielką fanką zmian – no chyba, że to wyraźnie zmiany na lepsze – np. zmiana mieszkania. To była fajna zmiana.

Chciałam spróbować medytować, ale już zaczęłam próbować jakiś czas temu, więc się nie liczy jako nowość.

Ale! Na pewno (po raz kolejny, bo oczywiście postanawiam to sobie mniej więcej co tydzień) chciałabym spróbować bardziej panować nad swoją złością i chociaż przez tydzień nie dać się wyprowadzić z równowagi.  Więc tak. Tego bym chciała spróbować – nowej jakości w kontaktach z H. i spojrzenia na nią z pełną akceptacją, bez żadnych „ale” –  niestety póki co powodzenie takiej operacji oceniam raczej nisko.  To moja największa porażka od kilku lat.

 

Photo by Annie Spratt on Unsplash

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *