sama o sobie, świat & ludzie

(Nie) radzę sobie.

Słaby był ten ostatni tydzień. Niby nic się nie wydarzyło poza jakimś kontrolnym kaszlem u młodszej i moją przechorowaną sobotą, a ja jestem strzępkiem nerwów. Do tego nadal czuję się fizycznie słabo, chyba jakieś przedwczesne przesilenie wiosenne ? Przez tydzień codziennie rano budziłam się ze ściskiem żołądka, a w ciągu dnia pracy dochodziła do tego jeszcze gula w gardle i nerwowy szczękościsk. I naprawdę nie działo się nic szczególnie stresującego. To chyba po prostu organizm daje mi sygnały, jak trudno to wszystko ze sobą godzić i żyć w wiecznym rozkroku. To sygnał, że aktualny stan rzeczy nie jest stanem na zawsze. W domu martwię się, że nie zrobię czegoś w pracy, że kiedyś z czymś nie zdążę, że na pewno dzieci rozchorują się jednocześnie w jakimś najgorszym momencie, a tego moi rodzice już nie ogarną. Chociaż to akurat nie do końca jest tak, że boję się, że czegoś nie zrobię – bo zawsze robię. Raczej boję się, jakim kosztem to zrobię. Moim –  czyli np. nie śpiąc już prawie w ogóle i sama ta perspektywa mnie stresuje. W pracy z kolei martwię się o dom i nie mogę się skupić, jak coś jest nie tak.  Nie potrafię się wyłączyć ani w domu, ani w pracy, a jednocześnie nigdzie nie jestem w pełni obecna. Rozmyślam o tym, co będzie za kilka lat, jak rodzice nie będą już mieli siły i to im trzeba będzie pomagać. Jak podzielić siebie między tyle osób, jednocześnie pracując? Z mężem pracującym bardzo dużo i wyjeżdżającym kilka razy w tygodniu? To nierealne. Dodam, że moje miejsce pracy jest bardzo przyjazne i wyrozumiałe. I nigdy nikt nie robi żadnych problemów ani wyrzutów. A jednak i tak się stresuję!

Rozmyślam też dużo nad złem i niesprawiedliwością świata. Newsletter Siepomaga wpycha mnie w wir rozważań o chorych, nieszczęśliwych dzieciach. Chciałabym wszystkie uratować, ale nie mam takiej mocy. Nie mogę pogodzić się z tym, że małe dzieci chorują i cierpią. Nie jestem w stanie nawet sobie wyobrazić, jak one muszą się czuć, jeśli są zbyt małe, żeby zrozumieć.  I oczywiście cały czas z tyłu głowy mam strach o moje dzieci. I jak widzę umierającą dziewczynkę w wieku A. to ryk jest natychmiastowy. Jak widzę dziecko chore na serce, od razu myślę o małej H. i o tym, jakie miała szczęście, że jej wada była mniej skomplikowana. A jednocześnie wracają wszystkie szpitalne wspomnienia. Wiem, że Siepomaga i inne zrzutki to wycinek rzeczywistości, ale jak się człowiek napatrzy, to ma wrażenie, że połowa dzieci w Polsce jest chora, albo wkrótce będzie, czyli może się to zdarzyć właściwie każdemu z nas. To nie robi dobrze lękowym osobom takim jak ja, ale jednocześnie nie chcę się od tego odcinać, bo chcę pomagać, przynajmniej w takim zakresie, w jakim jestem w stanie. Uważam, że to genialne, że takie inicjatywy istnieją. I wiem, że działa, bo czasem przychodzą też te weselsze e-maile – komu się udało i kto wyzdrowiał. Do rozmyślań o chorobach dochodzi smog, wszechobecny plastik, globalne ocieplenie, polityka, nietolerancja i nienawiść… Naprawdę nie jest łatwo być radosnym promyczkiem.

Jedno jest pewne: nie miałam ostatnio wiele czasu, żeby zadbać o siebie. Nie miałam gdzie wcisnąć regularnego sportu i terapii, a to bardzo źle. Muszę to zmienić, albo się rozlecę.

 

Photo by Hans-Peter Gauster on Unsplash

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *